Wykraczając poza zwyczajność
Tutaj zaczyna się nasza podróż
Jak zaczęła się nasza przygoda?
A gdyby tak... rzucić stanowisko dyrektorki instytucji kultury i wyruszyć kamperem na Bałkany?
Gdyby ktoś powiedział mi kilka miesięcy temu, że zrezygnuję z funkcji dyrektorki i wyjadę kamperem na Bałkany, wyśmiałabym go. Tak robią chyba tylko szaleńcy. Nie ja. Nie stać mnie na takie ryzyko...
Myśl pojawiła się jednak nieśmiało i powoli dojrzewała we mnie. A właściwie była to propozycja wynikająca z planu Kordiana, by spędzić zimę w podróży.
Kordian mieszkał już w kamperze, więc wyjazd w cieplejsze strony był dla niego najbardziej komfortową opcją, pozwalającą jednocześnie spełniać marzenia
o podążaniu za przygodą. Nie wiązała go też praca w Polsce – umowy do zrealizowania miał dopiero za pół roku, idealnie wtedy, gdy kończy się zima.
A ja? Stabilna praca, prestiżowe stanowisko, które udało mi się zdobyć w bardzo młodym wieku, stałe wynagrodzenie... Czego chcieć więcej?
To, co dla wielu mogłoby być źródłem szczęścia, dla mnie stawało się coraz bardziej frustrującą rzeczywistością. Po roku pełnienia funkcji dyrektorki ośrodka kultury doświadczyłam wypalenia zawodowego, spowodowanego wieloma czynnikami, które pozwólcie, że przemilczę.
Nie czułam się dobrze w biurze, a ciągły brak funduszy na realizację zadań był zwyczajnie wyczerpujący. Po kolejnych tygodniach, a później miesiącach frustracji, zaczęłam marzyć o życiu w rytmie slow – bliżej przyrody i naturalnej (po)wolności. Męczyło mnie poranne wstawanie, by pędzić do ośrodka, pracować ze ściskiem żołądka i wracać do domu zmęczoną rzeczywistością.
Z biegiem czasu zaczęły pojawiać się nowe rozwiązania. A mówiąc bardziej precyzyjnie – Kordian zaczął mi je pokazywać. To właśnie one pomogły mi podjąć decyzję o rezygnacji z dotychczasowej pracy i zaplanowaniu nowej rzeczywistości.
Nie była to decyzja spontaniczna. Wręcz przeciwnie – podjęłam ją niespiesznie i bardzo świadomie. Wiedziałam, co może się stać, jeśli mój plan okaże się złym wyborem. Czułam jednak również, że życie, którego pragnęłam, jest na wyciągnięcie ręki.
Na początku o moim planie wiedział tylko Kordian. Kibicował mi, bo był świadkiem tego, jak praca w ośrodku stopniowo niszczy moją pasję i – wbrew pozorom – nie pozwala rozwinąć przysłowiowych skrzydeł.
Sprawa nie wyglądała jednak tak prosto, jak mogłoby się wydawać, Kochany Czytelniku. Przerażająca była nie tylko perspektywa poinformowania o swojej decyzji pracodawcy, ale przede wszystkim rodziny. Robiłam to małymi kroczkami, zgodnie z powiedzeniem, że kropla drąży skałę.
Czy było łatwo? Oczywiście, że nie. Strach był paraliżujący, ale nie chciałam już dłużej pozwalać mu decydować o tym, jak ma wyglądać moje życie.
Doskonale pamiętam dzień, kiedy podczas sesji ecstatic dance „wytańczyłam" w sobie odwagę i bardzo świadomie skonfrontowałam swój lęk z marzeniem
o wyborze nowej drogi. To doświadczenie dało mi niesamowite pokłady spokoju oraz pewności siebie. Podczas tańca i ogromnej pracy wewnętrznej zrozumiałam, że jeśli nie zmienię swojego życia, nie będę spełniona.
Wtedy poczułam, że wybór należy do mnie.
Przeprowadzka do remontowanego kampera
Życie w przestrzeni kampera, który wciąż jest w trakcie remontu, to prawdziwy armagedon. Wyobraźcie sobie tę sytuację i przyznajcie sami – nie była ona dla mnie łatwa.
Adaptacja do niewielkiej przestrzeni po tym, jak przez lata mieszkałam w domu, sama w sobie była wyzwaniem. Do tego dochodził kurz, który dosłownie był wszędzie, niedokończona łazienka, rzeczy wywiezione do magazynu, żeby nie przeszkadzały w remoncie, a także zepsuta przyczepka, na której planowaliśmy transportować motocykl. Na koniec pogoda, która zdecydowanie nie pomagała – przeraźliwe zimno, deszcz, wilgoć i wszechobecna plucha.
Statystyki mówią, że jednym z najczęstszych powodów konfliktów między parami są remonty i budowa domu. A co dopiero, kiedy cały ten chaos, kurz, frustrację i zmęczenie trzeba upchnąć w kilkunastu metrach kwadratowych kampera?
Do tego dochodzi nauka siebie nawzajem. Czasami parom trudno jest zamieszkać razem nawet w mieszkaniu, szczególnie kiedy na dobrą sprawę spędzają osiem czy dziewięć godzin poza domem, pracując. W naszym przypadku jest naprawdę hardkorowo. Wspólne mieszkanie zaczęliśmy bowiem od kampera w remoncie. Dla nas obojga to solidna lekcja cierpliwości, kompromisu i poznawania siebie w zupełnie nowych sytuacjach.
Jakby tego było mało, pojawia się cała masa spraw, które niespodziewanie nie wychodzą tak, jak powinny. A właściwie – tak, jak byśmy tego chcieli. Rzeczy się psują, prace posuwają się do przodu zdecydowanie wolniej, niż zakładaliśmy, czas nieubłaganie ucieka, a przecież mieliśmy konkretny plan. Chcieliśmy szybko skończyć najważniejsze prace i ruszyć w drogę – kierunek: Bałkany.
Jest sobota. Zakładaliśmy, że wyjedziemy w czwartek. Tymczasem zamiast pakować ostatnie rzeczy i ruszać w drogę, świat testuje nas na każdym kroku. Tak, jakby chciał sprawdzić, czy naprawdę jesteśmy gotowi na wyzwania, które czekają na nas podczas tej podróży. Czy potrafimy zachować spokój, kiedy kolejna rzecz nie działa. Czy umiemy odpuścić, kiedy brakuje sił, a nerwy zaczynają brać górę. I wreszcie – czy jesteśmy w stanie zaakceptować, że nie wszystko wydarzy się dokładnie wtedy i dokładnie tak, jak sobie zaplanowaliśmy.
Bo przecież właśnie tego uczyliśmy się podczas tej podróży jeszcze zanim tak naprawdę w nią ruszyliśmy.
Że nie wszystko można kontrolować.
Że czasami trzeba odpuścić, zamiast za wszelką cenę walczyć
z rzeczywistością.
Że plany są ważne, ale równie ważna jest umiejętność ich zmiany.
I chyba właśnie o to chodzi w podróży. Nie tylko o miejsca, które odwiedzamy, kilometry pokonane po drodze i kolejne punkty zaznaczane na mapie. Chodzi również o to, żeby nauczyć się ufać, że wszystko ma swój czas. Żeby pomimo trudności potrafić cieszyć się drogą.
Nawet jeśli ta droga okazuje się zdecydowanie bardziej wyboista, niż początkowo zakładaliśmy.
Kamperowe pro-tipy
Jako kobieta obawiałam się, czy uda mi się zmieścić wszystkie rzeczy potrzebne w podróży w niewielkiej przestrzeni kampera. Szybko okazało się, że kluczem do sukcesu jest dobra organizacja.
Doskonałym rozwiązaniem do przechowywania zimowych ubrań, dodatkowych par butów, zapasu kosmetyków czy stroju motocyklowego okazały się duże, niskie, przezroczyste plastikowe pojemniki kupione w Ikei. Wszystkie rzeczy poukładaliśmy w nich kategoriami, dzięki czemu łatwiej było utrzymać porządek i w razie potrzeby szybko znaleźć to, czego akurat potrzebowaliśmy.
Pojemniki ustawiliśmy piętrowo w tylnej części busa, w wolnej przestrzeni pod łóżkiem. Co prawda ich wyciąganie nie należało do najłatwiejszych czynności, szczególnie gdy potrzebowałam czegoś z dolnego pojemnika, ale takie rozwiązanie pozwoliło nam sensownie wykorzystać trudno dostępną przestrzeń i zabrać ze sobą wszystko, co niezbędne.
Jak się okazało, w kamperze każdy centymetr ma znaczenie, a dobrze zorganizowane miejsce do przechowywania potrafi naprawdę ułatwić życie. 😉
A więc ruszamy!
W drogę – kierunek: Grecja
Nareszcie wyruszyliśmy z Dolnego Śląska, rozpoczynając bałkańską podróż!
Naszym głównym celem jest Grecja. Polska zima dała nam w kość, więc w pogoni za cieplejszym klimatem ruszamy! Pełni ufności powierzamy ten czas światu, wierząc, że przyniesie nam wiele dobra.
To oczywiste, że nie ominą nas troski codzienności. To, co – kolokwialnie mówiąc – uwiera, jest niewygodne, a czasami nawet boli, nie zniknie nagle tylko dlatego, że zmieniliśmy miejsce. Ruszamy jednak z nadzieją, że żyjąc (po)wolniej, będziemy mieli więcej przestrzeni na pracę nad sobą i łatwiej będzie nam mierzyć się z trudnymi wyzwaniami.
2500 kilometrów przed nami
Jak radziliśmy sobie z trasą liczącą ponad 2500 kilometrów?
Przede wszystkim, nauczeni wcześniejszym doświadczeniem, że czasami dobrze jest odpuścić presję czasu, postanowiliśmy się nie spieszyć. Chcieliśmy cieszyć się drogą, chłonąć klimat odwiedzanych miejsc, odkrywać i doświadczać. Przecież właśnie na tym polega esencja podróżowania.
Czy pojawiły się obawy? Czy odczuwałam niepewność?
No jasne! Przecież to pomysł wariata, żeby rzucić stabilną pracę, rutynę codzienności i, rezygnując z wielu wygód, wyruszyć w podróż w nieznane.
Nie miałam pewności co do wielu kwestii, ale czułam, że aby pozwolić sobie na zrobienie kolejnego życiowego kroku, muszę zaufać najbliższej przyszłości. Odpuściłam ciężar kontrolowania. Pojechałam. I zmieniałam to, co wymagało zmiany.
Ta podróż nie była przecież spontanicznym kaprysem. To przemyślana decyzja, która dojrzewała we mnie przez wiele miesięcy. To wyczekany czas.
Nie chciałam jednak nakładać na siebie presji odbycia idealnej podróży. Życie nie jest idealne, więc dlaczego miałabym idealizować życie w kamperze?
Myślę jednak, że rozwiązywanie problemów nad greckim morzem, z poczuciem, że to ja mam prawo decydować o swoim czasie i sposobie jego spędzania, będzie po prostu przyjemniejsze.
Przystanek – Rumunia
Jednym z miejsc zdecydowanie wartych zobaczenia w zachodniej części Rumunii jest ogromny zamek w Hunedoarze. Ta gotycka budowla nie bez powodu porównywana jest do filmowego Hogwartu.
Prowadzeni ciekawością spędziliśmy sporo czasu na niespiesznym zwiedzaniu zamku i rozkoszowaniu się klimatem tego niezwykłego miejsca.
I właśnie tak chcemy podróżować – bez pośpiechu, z ciekawością, uważnością i przestrzenią na to, co wydarzy się po drodze.
Stwórz łatwo własną witrynę internetową z Webador